"Gdyż tam, gdzie dwaj lub trzej zbierają się w moje imię, jestem pośród nich".
 
Mt 18, 20  

Jezu Ufam Tobie



Wydarzenia  


9 grudnia (sobota) o godz. 9.00 w Sandomierzu w kościele św. Jakuba, który jest podwójnym sanktuarium – Matki Bożej Różańcowej i Bł. Sadoka i 48 Sandomierskich Męczenników Dominikańskich przy ulicy Staromiejskiej 3 - Msza św. za członków internetowej grupy modlitewnej „ModlitwaRazem” oraz w intencjach, w których się oni modlą. Po Mszy św. - Koronka do Miłosierdzia Bożego. Będzie można również słuchać audio transmisję tej Mszy św. na żywo. Zapraszamy!
Archiwum wydarzeń: transmisje
 



Kliknij by przejść do strony z wyborem banerów

Chcesz zalinkować stronę ModlitwaRazem.pl?
Użyj banera!






Jacek Salij OP

A niby dlaczego mam kochać swoją Ojczyznę?


„Wśród nas samych są tacy, którzy patrzą na Polskę obojętnie”

Wrogowie zewnętrzni mogą wiele krzywd nam zadać, ale narodu ani naszego patriotyzmu zabić nie mogą – stwierdzał Henryk Sienkiewicz w roku 1910, po stu kilkunastu latach naszej narodowej niewoli: „Nacisk zewnętrzny, choćby najdłuższy i najbardziej nieubłagany, może przyczynić narodowi męczarni – zabić go nie może”. Mimo to, niestety, mamy powody – przestrzegał autor trylogii – żeby się lękać o duchową kondycję naszego narodu. Bo jednak naszą polskość możemy utracić: „Idea polska może zginąć samobójstwem albo z choroby wewnętrznej”.

Nie brak symptomów – kontynuował swoją przestrogę Sienkiewicz – wskazujących na to, że taka wewnętrzna choroba już nas toczy, a jej przejawy budzą uzasadniony niepokój: „Dziś nie wśród obcych i nie wśród nieprzyjaciół, ale wśród nas samych są tacy, którzy patrzą na nią [na Polskę] obojętnie, są tacy, którzy się jej wyrzekają, są tacy, którzy ją czernią, są tacy, którzy jej nienawidzą, są tacy, którzy na nią plwają. (...) Nie powinniśmy zapominać, że jeśli istnieje prasa pragnąca nas uzdrowić, to istnieje także taka, która nas rozkłada. Jeśli istnieje literatura potęgująca życie, to istnieje i taka, która pcha ku śmierci”1.

Wydaje się, że Sienkiewicz trafnie diagnozował ciężki kryzys patriotyzmu, jaki pod koniec epoki zaborów dotknął polskie społeczeństwo. Wyszliśmy z tego kryzysu dzięki pozytywnym wstrząsom patriotycznym, jakimi było pojawienie się realnych nadziei na niepodległość oraz jej odzyskanie i konieczność obrony.

Symptomy kryzysu patriotyzmu w społeczeństwie polskim dzisiaj wydają się jeszcze groźniejsze niż sto lat temu. Pozytywne wstrząsy, jakich ostatnim pokoleniom nie brakowało – wybór Jana Pawła II i jego kolejne przyjazdy do Ojczyzny, powstanie Solidarności, upadek komunizmu i ponowne odzyskanie niepodległości – jakby zostały już zapomniane.

Czy wykluczeni mogą kochać swoją Ojczyznę?

Bywa nieraz, że Ojczyzna jest raczej macochą niż matką, i wówczas niełatwo jest ją kochać. Przywołam tu gorzkie wspomnienie Leszka Kołakowskiego z czasów okupacji: „Pamiętam, jak Niemcy wywieźli nas na początku 1940 roku, znalazłem się w deskami zabitej wsi w powiecie koneckim. Kupowałem coś w karczmie. Stała tam gromada chłopów, jeden perorował, a drudzy przytakiwali, kiwali głowami: . Wprawiło mnie w osłupienie, że coś takiego jest możliwe w centralnej Polsce (...) Uprzytomniłem sobie, że coś tu jest źle, jeżeli chłop polski w środku kraju może tak mówić”2.

Zanim skomentuję to wydarzenie, przypomnę mało dziś znanego profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, Antoniego Bryka (1820-1881). Ten chłopski syn z Dubiecka pod Przemyślem stanowczo wyparł się swoich polskich korzeni, a nawet polskość zwalczał, m. in. sprzeciwiał się wprowadzaniu języka polskiego do wykładów uniwersyteckich. Ale bo też Ojczyzna jawiła mu się przede wszystkim jako krzywdzicielka. Żeby podjąć studia, musiał uciec ze swojej rodzinnej wsi, gdyż w tamtych czasach tacy jak on byli jeszcze glebae adscripti. Był już dyplomowanym lekarzem, kiedy właściciel wsi wezwał go do powrotu i przejęcia po zmarłym ojcu obowiązków pańszczyźnianego chłopa. Bryk nie miałby żadnych szans, żeby przeciwstawić się bezdusznemu prawu i złej woli właściciela Dubiecka, gdyby nie chronił go etat wojskowego lekarza. Po takich przejściach, nigdy już nie umiał rozpoznać w Polsce własnej Ojczyzny3.

Świadectwo prof. Kołakowskiego skomentuję w świetle mojej wiedzy osobistej. Księdzem zostałem 21 lat po wojnie, toteż miałem możność wysłuchać niezliczonych świadectw na temat przerażającej nędzy, jakiej doświadczali u nas ludzie najbiedniejsi, starsi ode mnie o jedno lub dwa pokolenia, nędzy, która popychała ich nieraz do czynów bardzo grzesznych. Prawdopodobnie takich właśnie ludzi spotkał młody Kołakowski „w deskami zabitej wsi w powiecie koneckim”. Nie śpieszyłbym się z osądzaniem ich za brak patriotyzmu i bezmiar głupoty, choć cechowało ich jedno i drugie. Przecież to kto inny bardziej niż oni był winny temu, że ludziom z tej wsi trudno było poczuć się we własnej Ojczyźnie jak w domu i ją pokochać.

Przykro to mówić, ale również dzisiaj niemało Polaków widzi w swoim państwie obcą, dla zwykłych ludzi nieżyczliwą bestię albo nawet swojego wroga. Trudno utożsamiać się z własnym państwem człowiekowi, którego przedsiębiorstwo – całkiem nieźle się rozwijające i zatrudniające kilkanaście osób – zostało doprowadzone do bankructwa niemądrze wyśrubowanymi podatkami i bezdusznymi decyzjami urzędników. Ślamazarność sądów również w sprawach prostych i oczywistych, gąszcz ciągle zmieniających się przepisów, w których nawet zawodowym prawnikom niełatwo się rozeznać, system podatkowy dyskryminujący rodziny wielodzietne, gotowość państwa do refundowania środków antykoncepcyjnych i jego sknerstwo wobec emerytów, nie mających za co wykupić lekarstwa – niekiedy zderzenie tylko z jednym z tych lub podobnych zjawisk jest tak bolesne, że wobec własnego państwa ludzie czują się mocno i na długo zdystansowani.

Zarazem trzeba wyraźnie powiedzieć: Kiedy naród ma własne państwo, byłoby przejawem skrajnej nieodpowiedzialności ustawiać się przeciwko niemu, albo przeciwstawiać państwo Ojczyźnie. Zbyt wiele nas ono kosztowało, żeby się teraz wobec niego dystansować, a nawet żeby faktu posiadania własnego państwa nie doceniać.

Zatem konkluzja z powyższych uwag jest prosta: Stosownie do swojego miejsca w społeczeństwie, prawdziwy patriota stara się – choćby tylko w tym niewielkim stopniu, w jakim to dla niego możliwe – zdejmować z naszego państwa twarz złej macochy i przyczyniać się do tego, żeby państwo polskie, jego prawa i instytucje, było możliwie dla wszystkich swoich obywateli sprawiedliwe i przyjazne. Państwo powinno przecież tak funkcjonować, żeby to nam wszystkim ułatwiało, a nie utrudniało miłość Ojczyzny.

„Wielki zbiorowy obowiązek” – cóż to takiego?

Chwilę uwagi poświęćmy spostrzeżeniu Edmunda Burke, który opisywał Ojczyznę jako związek pokoleń minionych, obecnie żyjących oraz tych, które przyjdą po nas. Dzisiaj wielu z nas takiego spojrzenia musi się dopiero uczyć. Wiele przyczyn złożyło się na to, że tylko niektórzy wyssali go z mlekiem matki. Indywidualizm i konsumpcjonizm, postawy w mentalności współczesnej dominujące, utrudniają nawiązywanie i pielęgnowanie wzajemnych relacji nawet ludziom duchowo wrażliwym. Jeszcze trudniej nam myśleć o ludziach, których już nie ma albo jeszcze nie ma.

Żeby móc czytać Pana Tadeusza, trzeba najpierw nauczyć się alfabetu. Podobnie żeby kochać Ojczyznę – autentycznie, nie tylko deklaratywnie – trzeba troszczyć się o glebę, na której prawdziwy patriotyzm ma szansę wyrosnąć. Stosownie do opisu Burke’a, przygotowanie warunków uzdalniających nas do miłowania Ojczyzny powinno być trójdzielne – i obejmować teraźniejszość, przeszłość oraz przyszłość.

Patriotyzm może pojawić się dopiero tam, gdzie ludzie pragną myśleć i działać w kategoriach dobra wspólnego oraz jakiego minimum bezinteresowności. Prywata, korupcja, zgoda na społeczną niesprawiedliwość, pogarda wobec słabszych od siebie czynią nas niezdolnymi do miłości Ojczyzny, chyba że będzie to miłość zakłamana. Trudno nie czuć wstrętu do takiej miłości Ojczyzny i do takich „patriotów”, o których pisał Jan Kasprowicz:

Widziałem, jak do Jej kolan -
Wstręt dotąd serce me czuje -
Z pokłonem się cisną i radą
Najpospolitsi szuje.

Zarazem podobnie jak pan Jourdain nie wiedział, że mówi prozą, można rzetelnie pracować na rzecz Ojczyzny, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że jest się w ten sposób prawdziwym patriotą, a w każdym razie przyczynia się Ojczyźnie jakiegoś rzeczywistego dobra. I z całą pewnością lepiej być patriotą prawdziwym, nawet jeżeli bezwiednym, niż patriotą zakłamanym, karykaturą patrioty. Ma się rozumieć, że jeszcze lepiej być patriotą świadomym.

Jeżeli zaś idzie o stosunek do pokoleń, które nas poprzedziły, słyszy się nieraz, że dzisiaj wielu młodych Polaków cechuje obojętność, a niekiedy nawet wstręt wobec historii ojczystej. Zadziwiający sukces Muzeum Powstania Warszawskiego świadczy o tym, że gdyby rodzicom i nauczycielom naprawdę na tym zależało, potrafilibyśmy naszym dzieciom i młodzieży o historii Polski mówić z miłością – jako o dziejach naszego narodu.

Czymś nie mniej ważnym jest rozszerzanie oraz przechowywanie pamięci rodzinnej. Kto poznał smak dumy z przodków, o których aż chce się opowiadać znajomym, a zwłaszcza swoim dzieciom, będzie umiał również w dziejach swojej Ojczyzny zauważać takie karty, które będzie chciał zapamiętać i o nich opowiadać. Jeżeli dzisiaj są Polacy, którym obce jest poczucie dumy z tego, ze są Polakami, bierze się to zapewne stąd, że nie znają dziejów swojej Ojczyzny, a w każdym razie nikt im o nich nie opowiadał z miłością, a może nawet poznali je z narracji jej wrogów.

Patriotyzm to również pozytywny związek z pokoleniami, które przyjdą po nas. „Po nas choćby potop” – mówią egoiści, niewrażliwi na społeczny wymiar miłości. Ludzie normalni chcieliby, żeby następne pokolenia Polaków mogły żyć w kraju bardziej zasobnym niż obecnie, rządzącym się mądrymi prawami, w kraju o wyższym niż obecnie poziomie wzajemnej życzliwości, w kraju, którego zarówno przyroda jak kultura są przedmiotem nieustannej społecznej troski.

Jeżeli w powyższych zdaniach jest trochę utopii, to przecież z całą pewnością prawdziwy patriotyzm polega również na tym, żeby realnie starać się o to, żeby powyższe marzenia przemieniały się chociaż odrobinę – i przemieniały coraz więcej – w rzeczywistość.

  1. Henryk Sienkiewicz, Dom polski i jego znaczenie, w: tenże, Dzieła, t. 53 Warszawa 1952 s. 176.
  2. Leszek Kołakowski, Wśród znajomych, Kraków 2004 s.10.
  3. Por. Zbigniew Fras, Galicja, Wrocław 2002 s. 298